118. Black Ice

on poniedziałek, 17 sierpnia 2015
Tytuł: Black Ice
Autor: Becca Fitzpatrick
Wydawnictwo: Otwarte
Ilość stron: 400
Moja ocena: Bardzo dobra (7/10)
Opis:
Britt długo przygotowywała się do wymarzonej wyprawy wzdłuż łańcucha górskiego Teton. Niespodziewanie dołącza do niej jej były chłopak, o którym dziewczyna wciąż nie może zapomnieć. Zanim Britt odkryje, co tak naprawdę czuje do Calvina, burza śnieżna zmusza ją do szukania schronienia w stojącym na odludziu domku i skorzystania z gościnności dwóch bardzo przystojnych nieznajomych. Jak się okazuje, obaj są zbiegami. Britt staje się ich zakładniczką. W zamian za uwolnienie zgadza się wyprowadzić ich z gór.

Recenzja:
Dawno nie czytałam książek. Zawiesiłam działalność bloga i od tego momentu przeczytane z własnej woli pozycje mogłabym policzyć na palcach. Jednak bardzo stęskniłam się za czytaniem i kiedy przebrnęłam przez pierwsze strony "Black Ice" zastawiałam się "dlaczego przestałam???".

Zainteresowałam się tą książką (zwykle tak to u mnie wygląda) ze względu na ładną okładkę. Tytuł napisany ładną czcionką, a na środku twarz przystojnego chłopaka z ciekawymi oczami. Tak, okładka jest w tym przypadku zdecydowanie plusem. Jest prosta, przyjemna dla oka i trochę tajemnicza - dokładnie jak sama powieść!

Powieść jest widocznie skierowana do nastolatek. Nie jest jednak, głupia i przewidywalna tak jak wiele tego typu książek. Jest napisana prostym językiem i oczywiście nie może się obejść bez masy wątków miłosnych! Mimo tego, że teoretycznie głównym tematem powieści jest trudna podróż, przez niebezpieczne góry to praktycznie w każdym rozdziale, bohaterka puszcza wodze fantazji i opowiada nam o swoim wspaniałym chłopaku. Nie byłby to minus, gdyby to, że takie zbaczanie od głównego wątku było trochę za częste. 

Typowy dla nastoletnich książek był tez epilog. Może chcecie się dowiedzieć czegoś o przebiegu przesłuchań lub o uczuciach bliskich Britt? Nie dostaniecie tego. Dostaniecie epilog, który rozwieje wszelkie wątpliwości o tym, że nie jest to książka dla nastolatek. Będzie do bólu przewidywalny, nijaki i zawodzący. Zdecydowanie najgorsza część książki, której naprawdę lepiej nie czytać! Pewnie gdyby nie on ocena książki byłaby wyższa. 

Jednak nie licząc powyższego, książka była naprawdę ciekawa. W szczególności na końcu autorka starała się nas możliwie jak najwięcej razy zaskoczyć. Jeśli chodzi o mnie to niektórych rzeczy domyśliłam się w trakcie (ale myślę, ze to także zaleta, kiedy autorka pozwala nam samodzielnie łączyć fakty i dedukować), co nie znaczy, że niektóre fakty były dla mnie duża niespodzianką.

Być może, tez tak czasem macie, że kiedy przeczytacie dobrą książkę i dobrniecie do końca. Siadacie, myślicie sobie coś w rodzaju "wow to było coś" i dalej zastawiacie się nad tym co przed chwilą przeczytaliście, dopowiadacie własne zakończenia, rozmyślacie nad tym co musiała czuć główna bohaterka (Co z tego, że ona nigdy nie żyła i nigdy nic nie czuła? W takim momencie takie uwagi są naprawdę mało istotne) i jak ja bym się czuła gdybym nią była. To własnie lubię najbardziej w czytaniu książek i po tym poznaje dobrą książkę - po tym własnie uczuciu. I takie uczucie udało się Becce Fitzpartick we mnie wzbudzić. 







117. Kłamczuchy (PLL1)

on piątek, 20 czerwca 2014
Tytuł: Kłamczuchy
Autorka: Sara Shepard
Wydawnictwo: Otwarte
Rodzaj okładki: miękka
Ilość stron: 320
Moja ocena: Dobra z plusem (6,5/10)
Opis:
Alison, szkolna gwiazda, znika w niewyjaśnionych okolicznościach. Rok później jej przyjaciółki: Emily, Aria, Spencer i Hanna, zaczynają otrzymywać niepokojące SMS-y. Ktoś zna sekrety, które chciały pogrzebać wraz z pamięcią o Ali. Jak wiele dziewczyny są w stanie po-
święcić, by prawda nie wyszła na jaw?


Recenzja:
Zarówno serial jak i książki z serii "Slodkie Kłamstewka" są wam zapewne dobrze znane i nawet jeśli nie obejrzeliście żadnego odcinka, nie mieliście do czynienia z książką i nigdy w życiu nie spotkałyście się z czołówką to pewnie i tak orientujecie się tak mniej więcej o co w książce chodzi. Chodzi o sekrety, kłamstwa, podstępy, mroczne tajemnice i tego typu rewelacje. Zanim sięgnęłam po książkę obstawiałam 2 scenariusze - albo będzie genialna, albo przecięta i mało zaskakująca. Niestety póki co serii bliżej do przeciętności niż geniuszu. Może być to jednak spowodowane tym, że przed rozpoczęciem czytania zerknęłam na parę odcinków i  wiedziałam mniej-więcej czego mogę się spodziewać. Tak więc niekiedy się nudziłam, niekiedy nie, ale jedno jest pewne - z pewnością sięgnę po część 2! Jest jednak parę nierozwiązanych wątków, co mam nadzieję szybko ulegnie zmianie dając miejsce nowym, bo z tego co wiem kreatywność autorki nie ma granic i wszystkie moje koleżanki, będące fankami tej serii zapewniają mnie, że niedługo się o tym przekonam.

W serii nie podoba mi się jednak taka mnogość części. Kiedy patrzę na półki tych wszystkich zapalonych czytelniczek Sary Shepard, sa one po brzegi wypełnione PLL! Czy naprawde nie można było zawrzeć tego wszystkiego w powiedzmy chociaż 6-5 książkach? Nie byłoby to trudno, a jakże wygodne! Chyba jednak nie do końca opłacałoby się autorce. Cóż pozostaje jakoś z tym żyć. Jestem jedynie ciekawa, czy kolejna niedawno wypuszczona na polski rynek seria rowniez bedzie zlorzona z kilkunastu tomow. 

Wiadomo ze skoro "Klamczuchy" sa dopiero pierwsza z ok. 15 tomow nie ma co spodziewac sie niewiadomo czego. JEst to dopiero wstep a, te naprawde ciekawe wydarzenia maja miec swoj poczatek dopiero w hmmm... 3,4 czesci? Zobaczymy.

Jezyk autorki jest prosty, zrozumialy. Seria jest stylizowana na typowa "nastoletnia" widac, ze autorka chce jednak pokazac ze umie stworzyc rowniez dobry, niebanalny kryminal, ktory moga czytac nie tylko mlode dziewczyny, nie wiem jednak czy cos z tego bedzie. Faktem jest jednak, ze gdyby Sara S, przez te wszytskie tomy skupiala sie jedynie na problemach licealistek zanudziala by nas prawdopodobnie na smierc. A skoro ksiazka zbiera calkiem przyzwoite noty, znaczy to ze jednak cos z tych jej staran wyszlo.

Podsumowujac. Ksiazka przyzwoita, nie zrobila jednak na mnie wielkiego wrazenia. JEdnak nie wykluczam, ze kolejne tomy beda lepsze. Ksiazka niewatpliwe ma potencjal. Jezyk niebywale lekki i musze przyznac ze mozna sie wciagnac. 

Chcialabym jeszcze pwoeidziec cos o serialu. Otoz zauroczyla mnie jego czolowka. Kiedy pierwszy raz ja zobaczylam musze przyznac ze bylam zaskoczona. Bardzo zacheca ona do obejzenia serialu i pewnie gdybym natknela sie na nia np na AXN, nie znajc PLL, nie przalaczalanbym na inny kanal tylko sprawdzial co ciekawego kryje w sobie serial. Pod spodem zostawiam wam pelna wersje pisoenki wykorzystana w czolowce.



116. Starcie królów

on sobota, 12 kwietnia 2014
Tytuł: Starcie królów 
Autor: George Richard Raymond Martin (warto znać pełne imię i nazwisko)
Rodzaj okładki: miękka
Ilość stron: 1022
Moja ocena: Wybitna (9/10)
Opis:

Dopóki żył król Robert, Żelazny Tron jednoczył Zachodnie Królestwa. Po jego śmierci wdowa zdradziła królewskie ideały, bracia wszczęli wojnę, a Sansa została narzeczoną mordercy ojca, który teraz przejął jego tron i stał się królem. W każdym z królestw, od Smoczej Wyspy po Koniec Burzy, głowy najpotężniejszych rodów ogłaszają się królami i walczą o swoje racje. Pewnego dnia z Cytadeli przylatuje biały kruk, wieszcząc zapowiedź końca lata, jakie pamiętali żyjący ludzie. Mimo kłótni i waśni wszyscy zdają sobie sprawę, że najgroźniejszym wrogiem może okazać się nadciągająca zima...

Recenzja: 
Musze powiedzieć, ze zawiodłam się. Przed przeczytaniem "Starcia królów" byłam niemal pewna, że wystawie powieści maksymalną ocenę. Jednak mimo to, że druga część "Pieśni lodu i ognia" była wręcz fantastyczna, to jednak ta magia, która towarzyszyła mi przy czytaniu "Gry o tron" znikła. Nadal oczywiście bardzo dobrze mi się powieść czytało (chociaż bardzo wolno, ale nie traktuje tego jako wadę bo to moja osobista sprawa ile czytam książkę, czasami po prostu wolę zagłębić się w wątki dokładniej), miała pełno zwrotów akcji nie zabrakło też charakterystycznej dla autora "rzezi głównych postaci", którą tym razem zostawiono nam raczej na koniec.

Co do samych bohaterów. W te części możemy obserwować ich niesamowita metamorfozę. Zmienił się niemal każdy. Dany nadal pozotała moją ulubioną postacią, za to o wiele więkza sympatia zaczęłam darzyć Arye, Sanse i Jona. Za to Tyrion i Cathelyn zmienili się według mnie na gorsze, aczkolwiek ten pierwszy tylko w nieznacznym stopniu i nadal pozostaje moją ulubioną postacią męską. Jednak jedno nie ulega wątpliwości. Każdy stał się bardziej dojrzały. W tej książce nie ma już tak naprawdę dzieci. Arya - 10 latka jest tak naprawdę kilkakrotnie odważniejsza ode mnie. Może to dlatego książka straciła trochę magii. Kiedyś mielimy do czynienia z historiami poważnymi i błahymi. Teraz trwa wojna. Teraz nic nie jest błahe.

W dalszym ciągu jestem pod wrażeniem umiejętności i inteligencji autora. Mogłabym go tak naprawdę komplementować bez końca. Za to, że wykreował w tak dokładny sposób każdego bohatera. Każdemu nadał charakter, myśli, zainteresowania, poglądy. Każdy jest inny, nie ma miejsca na powtórki i niedociągnięcia. Mimo to, ze autor to mężczyzna, doskonale wczuwa się w role kobiet. Nie jest w pisywaniu myśli dzieci. Według mnie kilkuletni chłopcy są jednak w jego wydaniu byt poważni, ale cóż... to jego świat i tak go sobie zaplanował. Nie mi dane to osądzać. A co do samego świata. Przechodzi to moje pojęcie, jak można tak dokładnie i doskonale wykreować świat od nowa. Wymyślić i wyrysować krainy dać im królów, rodziny wymyślić miasta dodać parę intryg, stworzyć tak pięknie grę o żelazny tron. Jestem pod wrażeniem i prawdopodobnie pozostanę aż do końca książki.

Książka kończy się bardzo nagle. Kiedy jesteśmy już przy końcu nie możemy się już go doczekać. Akcja odrobinkę się dłuży, a jednocześnie jesteśmy ciekawi kolejnych wydarzeń, a mimo to powieść kończy się bardzo nagle. Skończyłam ją pod wieczór, po czym od razu zasnęłam. Rano po obudzeniu od razu miałam ochotę sięgnąć po "Starcie(...)". Aż orientowałam się, że to już koniec tej przygody. 

I teraz jestem w kropce. Bo naprawdę nie wiem co dalej napisać. A przecież nie wypada dodać tak krótkiej recenzji opisującej tak ogromną i niezwykłą książkę. Mam jednak nadzieję, ze mi wybaczycie, ale to już koniec. W sumie mogłabym napisać jedynie "Prawie idealna książka , wybitnego autora" i postawić kropkę. Właściwie te słowa idealnie ją opisują i licze na to, że to je najlepiej zapamiętacie.






Stosik powraca w wielkim stylu

on poniedziałek, 7 kwietnia 2014


Trzeba przyznać, ze już od dawna na moim blogu próżno szukać stosików. Sama nie wiem czemu z nich zrezygnowałam (przecież wszyscy je kochamy), po prostu tak się stało. A teraz czas na wielki powrót w wielkim (według mnie) stylu. Lecz nie dlatego, ze stos jest jakiś przesadnie  duży, czy może ksiażki sa grubsze niż zwykle, ale dlatego bo znajdują się w nim prawdziwe skarby!

Zacznijmy od góry:

1. Kamienie na Szaniec - Aleksander Kamiński
Przyznaje się bez bicia, że po książkę sięgnęłam tylko i wyłącznie dzięki szumowi zrobionemu wokół filmu. Przedtem nie słyszałam nic o tej książce. Jednak z tego co słyszałam jest bardzo dobra i wzruszająca, tak samo  zresztą w przypadku filmu. Jednak jest to tylko, to co mogłam usłyszeć od innych. Czas przekonać się samemu. 

2. Northanger Abbey - Jane Austen
Lektura z języka angielskiego. Wersja oczywiście uproszczona, nadal marny poziom 2/7..

3. Wybrani - C.J. Daugherty 
Nic specjalnego. Kolejne młodzieżowe, zapewne z lekka odmóżdżające czytadło. Ale wiele osób sobie je chwali więc co mi szkodzi spróbować?

4. Taniec szczęśliwych cieni - Alice Munro
Już dawno miałam tą książkę na oku. Rozdania Nobli przesądziły o tym, że znalazła się w tym stosie :)

5. Atlas Chmur - David Mitchell
Oglądałam film i mogę go śmiało każdemu polecić. Był wprost genialny !! świetne efekty specjalne, które jednocześnie nie przyćmiewają tego co w filmie jet najważniejsze czyli akcji. Od razu po skończonym seansie byłam przekonana, że książka wprost musi być dobra :)

6. Max Factor - Fred E. Basten
Szczerze mówiąc niedawno dopiero zorientowałam się, że Max Factor to imię i nazwisko. Potem czytałam o nim trochę i wydaje mi się, że jest on ciekawym człowiekiem. Chętne przeczytam książkę na jego temat :) 

7. Kiki  van Beethoven - Eric Emmanuel Schmidt 
Do wypożyczenia książki skłonił mnie fajnie brzmiący tytuł. Wydaje mi się, że książką może być dobra, opis z tyłu wydaje się zachęcający. Poza tym przeczytałam już 3 książki tego pisarza i żadna mnie nie zawiodła (w szczególności polecam "Kobietę w lustrze", muszę powiedzieć, ze jest nawet lepsza od Oskara)

8 i 9. Nawałnica Mieczy. Stal i śnieg oraz Starcie królów - George R.R. Martin 
Druga część już prawie przeczytana. Bardzo dobra (chociaż nie lepsza od Gry o tron), ale czyta się ja niesłychanie wolno (przynajmniej mi). Trzecia cześć zdobyta na wyprzedaży w empiku zacznę czytać niebawem :)

10. Życie Pi - Yann Martel
Sytuacja identyczna jak w punkcie 5 + bardzo podoba mi się okładka. 

115. Królestwo łabędzi

on sobota, 5 kwietnia 2014
Tytuł: Królestwo łabędzi
Autorka: Zoe Marriott
Wydawnictwo: Egmont
Rodzaj okładki: Miękka ze skrzydełkami
Ilość stron: 264
Moja ocena: Dobra + (6,5/10)
Opis:
Aleksandra i jej bracia wiodą beztroskie życie na królewskim dworze swojego ojca. Jednak rodzinna sielanka pryska nagle, gdy królowa ginie z łap okrutnej bestii, a król powtórnie się żeni – z kobietą, która nienawidzi pasierbów. Po nieudanej próbie odkrycia mrocznych tajemnic macochy Aleksandra zostaje wywieziona do ponurej krainy Midland, jej bracia zaś wygnani z Królestwa. Aby odmienić zły los i odzyskać braci, Aleksandra musi odnaleźć w sobie niezwykłą moc, którą czerpie z sił przyrody. Pomocny okaże się także tajemniczy książę Gabriel, z którym dziewczynę połączy gorące uczucie.

Recenzja:
Po przeczytaniu książki "Cienie na księżycu" autorstwa Zoe Marriott, byłam zachwycona. Książka do reszty oczarowała mnie swoją specyfiką i tym, że według mnie była zupełnie inna od większości książek. Tak więc gdy tylko dostałam, możliwość przeczytania kolejnej powieści  autorstwa Zoe Mariott od razu z niej skorzystałam. Jednak muszę przyznać, że czuje się "Królestwem łabędzi" odrobinę zawiedziona 

Z początku myślałam, że propozycja będzie bardzo przewidywalna. Tytuł "Królestwo łabędzi" sugeruje nam, że mamy do czynienia z oparta na baśni "12 łabędzi" opowieścią. Czyli, na wtepie pożegnałam się z oryginalnymi postaciami, elementem zaskoczenia i nieprzewidywalnością. Liczyłam jednak, że autorka zachwyci nas charakterystycznymi opisami uczuć i innymi elementami, które a dla niech charakterystyczne. Co do pierwszego aspektu nie myliłam się. Bohaterowie byli ponad miarę oklepani. Nic nowego, wszytko już znamy. Wspaniali, zdolni, idealni mężczyźni, szara myszka skrywająca w sobie moc, oziębły ojciec, życzliwa matka, książę z bajki i oczywiście tradycyjnie ZŁA MACOCHA. Tak nawiasem mówiąc te złe macochy w baśniach, bajkach i powieściach są według mnie lekką przesadą. Czy tym biednym kobietą nie należy się chociaż jedna pozytywna postać. Przez ta cała nienawiść autorów do przybranych matek, słowo MACOCHA stało się dla wielu dzieci synonimem zła. Ale to tak tylko na marginesie. Przejdźmy do książki. 

Zapowiada sie zwyczajnie i trochę nudno. Większość bohaterów już znamy a oni oczywiście jak zazwyczaj na początku bardzo szczęśliwi. Jednakże spokój i szczęście nie mają trwać wiecznie. Tak więc mniej więcej do połowy książki wszystko jest baaaardzo przewidywalne, a wszystkie opisy na które tak liczyłam gdzieś się zagubiły. Doyć tego bohaterka jest głupia. Nie jest tak jak mówią niektórzy mądrą wiedźmą. Tylko raczej głupią, rozpieszczoną, bojaźliwą księżniczką. I mimo tego, że z czasem rozumu zaczyna jej przybywać, to gdy zamknęłam książkę nadal nie potrafiłam nazwać Aleksandry mądrą. A ponieważ mamy tu do czynienia z narracją pierwszoosobową  ta cecha jet nie do zniesienia.

Całe szczęście druga połowa książki jest mniej przewidywalna, a nawet można powiedzieć  zaskakująca. Znalazło się w niej kilka szokujących wydarzeń za, które autorce dziękuję, a także gratuluje. Oczywiście za to ode mnie wielki plus. Jednak kilka takich wydarzeń nie czyni książki dobrą, jednak dzieki nim nie jest ona również zła :) 

I w sumie tyle mam do powiedzenia. Dodam jeszcze, że mimo wszystko raczej ją polecam. Czytało się ja długo (większość 500-stronowych książek idzie mi szybciej), ale mozna powiedzieć, że było warto. Powieść nic nowego nie wnosi, ale nie jest też tragiczna, spokojnie można po nią sięgnąć, nie licząc na nic więcej niż prostą, dosyć dobra książkę.


114. Little women

on środa, 2 kwietnia 2014
Tytuł: Little Women (uproszczana wersja anglojęzyczna) 
Autorka: Louisa M. Alcott
Wydawnictwo: Macmillan Readers
Rodzaj okładki: Miękka
Ilość stron: 72
Moja ocena: Dobra (6/10)
Opis: (po polsku)
Ameryka, lata sześćdziesiąte XIX wieku. W domostwie zwanym Orchard House od pokoleń mieszka rodzina Marchów. Pod nieobecność ojca walczącego w wojnie secesyjnej, opiekę nad czterema córkami sprawuje samodzielnie ich matka, Marmee.
Marmee wyraźnie wyprzedza swoją epokę, wpajając dziewczynkom ideały wolności i namawiając je, by znalazły własną drogę w życiu.
Córki pani March – stateczna Meg, żywa jak iskra Jo, nieśmiała, uzdolniona muzycznie Beth i nieco przemądrzała Amy – starają się, jak mogą, by urozmaicić swoje naznaczone ciągłym brakiem pieniędzy życie, chociaż boleśnie odczuwają nieobecność ojca. Bez względu na to, czy układają plan zabawy czy zawiązują tajne stowarzyszenie, dosłownie wszystkich zarażają swoim entuzjazmem. Poddaje mu się nawet Laurie, samotny chłopiec z sąsiedniego domu, oraz jego tajemniczy, bogaty dziadek.
Dziewiętnastowieczna autorka Louisa May Alcott napisała „Małe kobietki” na podstawie własnych doświadczeń. Ten klasyczny już utwór doczekał się licznych adaptacji filmowych i cieszy się nieprzemijającym powodzeniem wśród kolejnych pokoleń.


Recenzja:
Książkę musiałam przeczytać, gdyż była to moja lektorką na lekcjach języka angielskiego. Ponieważ chodzę dopiero do I klasy gimnazjum poziom trudności był niski, wszystko opisywane było mało dokładnie, bardzo łatwym językiem, a słówka nieustannie się powtarzały. Jednakże czegóż innego oczekiwać po książce z poziomem trudności zaledwie 2/7. 

Przyznaje, ze było to moje pierwsze spotkanie z obcojęzyczną książką i muszę przyznać, że jestem bardzo miło zaskoczona. Myślę, ze kiedy jeszcze trochę się podszkolę, znacznie częściej będę sięgnąć po książki obcojęzyczne. Póki co muszą mi jednak wystarczyć szkolne lekturki. 

Jednak co o samej książce. Musze przyznać, ze jak na takiego typu krotka opowiastkę była nawet ciekawa. Czytanie jej przyszło mi bez trudu, losy dziewczynek mnie zaciekawiły i w pewnym momencie po prostu się wczułam i książka mnie wciągnęła. O dziwno znacznie wygodniej czyta się w obbcym języku. Wtedy prawdopodobieństwo, znudzenia znacznie maleje, a przy okazji możemy się czego nauczyć.

Wadą książki jest to iż jest ona bardzo krótka. Wiadomo, ze to poziom 2/7, jednakże ja wolałabym gdyby wszystko było  opisane nieco dokładniej czytanie sprawiałoby większa przyjemność. Być może gdy przejdę na poziom trzeci będzie z tym lepiej.

Warte uwagi a liczne, bardzo ładne ilustracje, które pomagają lepiej sobie wsyztsko wyobrazić i zdecydowanie cieszą oko. Dowodzą temu, że książka nie jest napisana na "odwal się" i kto naprawdę ciężko nad nią pracował. 

Jeśli estecie mniej więcej w moim wieku to sięgnijcie po "Little women". Jest idealna na rozpoczęcie swojej przygody z książkami w języku angielskim. 

113. Joyland

on niedziela, 9 marca 2014
Tytuł: Joyland
Autor: Stephen King
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rodzaj okładki: miękka ze skrzydełkami
Ilość stron: 336
Moja ocena: Bardzo dobra (7/10)
Opis:
King Stephen, jeden z najpopularniejszych pisarzy, powraca z pasjonującą książką „Joyland”.

Student college’u, Devin Jones, zatrudnia się na okres wakacji w lunaparku, by zapomnieć o dziewczynie, która złamała mu serce. W momencie, kiedy wydaje mu się, że nic gorszego mu się już nie przytrafi, okaże się, że będzie zmuszony zmierzyć się z czymś dużo bardziej przerażającym niż myślał: brutalnym morderstwem sprzed kilku lat i losem umierającego dziecka, którego życie nie oszczędzało i któremu nie dane było doświadczyć uroków dzieciństwa. Wszystko to sprawi, że jego świat już nigdy nie będzie taki sam...

„Joyland” to Stephen King w szczytowej pisarskiej formie, równie poruszający jak „Zielona Mila” czy „Skazani na Shawshank”. To jednocześnie kryminał, horror i słodko-gorzka  powieść o dojrzewaniu, śmierci i ludziach, którym nie dane było doświadczyć żadnych z tych rzeczy,  bo śmierć zabiera ich przedwcześnie. Książka, która poruszy serce nawet  najbardziej cynicznego czytelnika.

Recenzja:
Wiecie co? To moja pierwsza książka Stephena Kinga! Próbowałam już czytać je wielokrotnie. Zaczynałam "Stukostrachy", "Pod kopułą" i inne powieści, które zapowiadały się ciekawie. Jednak zwykle wymiękałam po ok. 50 stronach. To po prostu nie były moje klimaty. Jednakże tyle nieudanych podejść nie zniechęciło mnie  do spróbowania najnowszej powieści - "Joyland", na której się nie zawiodłam. 

To co odróżnia "Joyland" od innych książek S.Kinga z którymi miałam do czynienia, jest to, ze po 50 stronach nie mamy jeszcze żadnego trupa! Żadniusieńskiego, słowo. Właściwie to gdyby nie, to że nazwisko KING jest wielkimi literami wypisane na okładce, a sama jej grafika jest z lekka mroczna, można by pomyśleć, że mamy do czynienia z powieściowa obyczajową. Owianą mroczną tajemnicą i napisaną niecodziennym językiem, a jednak, obyczajową. To "złudzenie" jednak po pewnym czasie ustępuje przeświadczeniu, że czytamy właśnie kryminał, ewentualnie thriller. I to właśnie przeświadczenie nie odstępuje aż do końca czytania. 

Książka jest wielowątkowa. Opowiada kilka historii, każda z nich jest trochę tajemnicza, nie wszystkie jednak wzbudzają strach (no, ale oczywiście są i takie). Nie ma jednak nieskończonej fali morderstw, dziwnych fantastycznych zjawisk i innych typowych dla horroru rzeczy. Tej książki do tego gatunku zaliczyć po prostu nie można. 

Powieść jest dobrze napisana, gdyż wciąga czytelnika. Wciąga i zaciekawia, głównie dla tego, ze jest bardzo tajemnicza. Główny bohater - Dev - opowiada nam o sobie, pomijając niektóre istotne dla nas wydarzenia zapewniając, że jeszcze o nich wspomni. Take właśnie proste zabiegi sprawiają, że chcemy więcej. 

Przyznam, że książka może nudzić jeśli nastawiacie się na jakiś konkretny gatunek. Liczyć na horror nie ma nawet co, bo można się przeliczyć, ale nawet jeśli spodziewacie się np. kryminału to i tak pierwsze 50% jest po prostu "obyczajówką", która mimo wszystko jest jednak trochę tajemnicza. 

Co to bohaterów, to przyznam, ze przypadli mi do gustu. Na żadnego z nich King nie szczędził słów, jednakże mimo to możemy z łatwością wyobrazić sobie każdego z nich a może nawet utożsamić się nim. Autor po prostu przedstawia ich w "Joylandzie" krótko, lecz przede wszystkim zwięźle, a żeby wszystkie opisy nie wydawały się zbyt "suche" dodaje niemal każdej postaci jakąś charakterystyczną cechę, którą jest np. specyficznie przekrzywiony melonik.

Co to całej zagadki, która poniekąd jest głównym wątkiem, to skłaniała ona do rozmyślań, była interesująca, może nawet trochę złowieszcza i straszna. Jej rozwieszanie było zaskoczeniem i również w pewien sposób wzbudziło we mnie postrach. Jednak nie na długo ;)

A sam tytułowy "Joyland"? Przyznam, ze ma swoja magię i może zauroczyć. Nie mam pojęcia czy takie miejsce istniało kiedyś naprawdę, ale jeśli tak to naprawdę bardzo chciałabym się tam znaleźć. Chciałabym wznieść się na "Carolina Spin", zwiedzić "Dom strachów" i spróbować Hau Doga. I nie wiedzieć czemu najbardziej mam ochotę na to ostatnie :D Jeśli zastanawiacie się, czy warto dać się porwać "Joylandowi" to nie musicie się już głowić. Odpowiedz brzmi tak!